środa, 10 lipca 2013

"Award'y"

Post całkiem "od czapy", ale skoro już nagradzają, to trzeba to docenić. ;)
Pod wczorajszym postem zostałam nominowana do dwóch nagród blogowych:

Liebster Blog Awards

Zostałam nominowana przez autorkę bloga http://asiaa-asia.blogspot.com .
Kilka słów o LBA: 
,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów  więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

Pytania, które otrzymałam:
1.Twoja ulubiona marka kosmetyczna ?
   W kupowaniu czegokolwiek nigdy nie kieruję się marką. Kupuję to co akurat najbardziej mi odpowiada i ma rozsądną cenę.
2. Twoje hobby ?
    Sport. Wszelaki. Czasem zdarza mi się oglądać nawet turnieje darta lub mistrzostwa w curlingu. Najbardziej jednak lubię koszykówkę.
3. Jak ma na imię twoja najlepsza przyjaciółka/ przyjaciel ?
   Nie używam tych słów, bo nie potrafię zdefiniować słowa "przyjaźń". Mam po prostu dobre koleżanki. Imię jednej z nich to Klaudia. ;)
4. Ulubiony film i serial?
    Lubię dużo filmów, każdy za coś innego. Dlatego nie mogę wybrać jednego. 10 na "filmwebie" mają: Gran Torino, Za wszelką cenę, Wzgórze nadziei, Twój na zawsze. Ulubiony serial to bez wątpienia "Dr House".
5. Jaki masz kolor ścian w pokoju ?
   Tęcza w odcieniach od jasnej żółci do ciemnej pomarańczy na dwóch sąsiadujących ścianach na kremowym tle. Dzieło mojego taty. ;D
6. Od kiedy prowadzisz bloga i czy jesteś z niego dumna ?
    Od 29 czerwca, czyli niecałe 2 tygodnie. Jestem dumna, bo budują mnie wasze pozytywne komentarze. Cieszę się, że podoba wam się tematyka. Ponadto zakochałam się w swoim nagłówku. Czasem wchodzę tu tylko po to żeby na niego popatrzeć. ;)
7. Ulubiona część garderoby ?
    Wszystkie są bardzo potrzebne ;)
8. Malujesz się ?
    Używam tylko delikatnego  pudru i sporadycznie tuszu do rzęs.
9. Czy jesteś bogata?
    Co to za pytanie. Myślę, że to pojęcie względne. W doświadczenie na pewno nie. Jeśli chodzi o pieniądze, to jak mam być bogata skoro jeszcze nie pracuję...
10. Masz jakieś zwierzątko ?
      Nie, tylko brata ;D
11. Jaki masz kolor oczu ?
     zielono-brązowe

Moje pytania dla nominowanych:
1. Jaki tytuł nosi film, który najbardziej zapadł Ci w pamięć?
2. Jaką książkę przeczytałaś ostatnio?
3. Mecz jakiej drużyny chcesz zobaczyć na żywo?
4. Gdzie chcesz spędzić wymarzone wakacje?
5. Lubisz chodzić do kina?
6. Z jakiej przeglądarki korzystasz?
7. Grasz w jakieś gry komputerowe?
8. Jaki jest Twój ulubiony smak lodów?
9. Jaka jest twoja ulubiona słodycz?
10. Gdzie najczęściej spędzasz czas ze znajomymi?
11. Jaka jest Twoja ulubiona bajka z dzieciństwa?

Nominacje znajdziecie na dole strony!

The Versatile Blogger Award

Zostałam nominowana przez autorkę bloga http://sweetdreams121.blogspot.com

             Zasady, które muszę wypełnić:


1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu.
2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu.
3. Ujawnić 7 faktów o sobie.
4. Nominować min.7 blogów, które twoim zdaniem na to zasługują.
5. Poinformować o tym fakcie autorów tych blogów. 


 Kilka słów o mnie:
1. Jestem zagorzałym kibicem mojego ukochanego klubu koszykówki Energa Czarni Słupsk.
2. Mimo, że mieszkam blisko morza, rzadko kiedy jeżdżę na plażę, bo nie lubię się opalać.
3. Jako prezent na 18-ste urodziny, które będę miała w styczniu, poprosiłam rodziców o wyjazd na Puchar Świata w skokach narciarskich do Zakopanego.
4. Lody truskawkowe smakują mi tylko w Lodziarni Żarneccy na Krupówkach.
5. Jako jedyna osoba w klasie miałam na koniec tego roku szkolnego czerwony pasek na świadectwie. 
6. Nie przepadam za zwierzętami.
7. Byłam bardzo bojaźliwym dzieckiem. Bałam się m.in wujka Festera z "Rodziny Addamsów", Maski, sąsiada z donośnym głosem, a nawet... czarnego korka za drzwiami babci, który zapobiegał uderzaniu drzwi o ścianę.

Do tych dwóch konkursów nominuję te same blogi, a są nimi:
1. http://exppatronum.blogspot.com/
2.http://salvator-wybawcy.blogspot.com/
3. http://abrogativ.blogspot.com/
4. http://carmelistka.blogspot.com/
5. http://xwelcome-to-my-circusx.blogspot.com/
6. http://autografy-tyski.blogspot.com/
7. http://firefrosted.blogspot.com/
8. http://namalujswojswiat.blogspot.com/
9. http://autografyirka.blogspot.com/
10. http://autografyprzemka.blogspot.com/
11. http://porte-carter.blogspot.com/

Nie ukrywam, że tego typu wyróżnienia bardzo cieszą. Niemniej jednak dla mnie największą nagrodą od was są szczere komentarze. 

Ola.

wtorek, 9 lipca 2013

Wiecznie żywy

Kilka dni temu poszukiwałam lekkiego, w miarę krótkiego filmu na wieczór. Natrafiłam na tytuł "Wiecznie żywy". Przypomniały mi się słowa mojej koleżanki, która uznała film za wart uwagi. Dlatego postanowiłam zaryzykować. I nie żałuję.

Kilka słów wprowadzenia:
Akcja filmu toczy się w Ameryce. Nieznana epidemia spowodowała, że większość ludzi zamieniła się w zombie, które żyją teraz w koloniach. Nie czują, nie za wiele mówią, nie śpią... Ich pożywieniem są oczywiście ludzie. Zasada jest taka, że jeżeli "tylko" pożywią się nim i zostawią, człowiek staje się także zombie, natomiast jeżeli zje jego mózg (brzmi makabrycznie) jego właściciel ginie na zawsze, a smakosz przejmuje wszystkie jego wspomnienia. Ocaleni zamieszkują oddzielony murem dystrykt, aby uchronić się przed polującymi kreaturami.
Główny bohater i jednocześnie narrator to zombiak zamieszkujący tak jak większość jego pobratymców zniszczone lotnisko. Pewnego dnia podczas polowania spotyka młodą dziewczynę. Zabiera ją do zamieszkiwanego przez siebie samolotu. Inni zombie myślą, że jest ona jednym z nich...

 Podsumowując: miłość istoty na pół (a nawet więcej) nieżywej z dziewczyną.  Brzmi znajomo, prawda? Trzeba przyznać, że skojarzenie ze "Zmierzchem" nasuwa się samo. Mimo wszystko filmy bardzo się różnią. Film ma w sobie coś z horroru, są sceny też sceny w których można się uśmiechnąć. Akcja szybko się toczy. Nie ma przestoju i zbędnych, przedłużających się w nieskończoność dialogów. Na pewno nie należy do kina zbyt ambitnego. To opowiedziana na luzie opowieść, o tym, że miłość zmienia wszystko. Banał, ale przekazany w nietypowy sposób.

 Osobiście podsumowałabym ten film zdaniem:
Wszyscy potrzebujemy miłości.
Przyszło mi to do głowy już w trakcie oglądania. ;)

A wy oglądaliście "Wiecznie żywego"?
Podzielcie się ze mną tytułami ciekawych filmów, które oglądaliście w ostatnim czasie. Polecajcie, co warto obejrzeć w nudne wieczory. ;D

Dziękuję za wotum zaufania w postaci obserwacji bloga oraz za wszystkie komentarze. ;*

Ola.

(źródło zdjęć: tumblr.com)

czwartek, 4 lipca 2013

Reklamy. Reklamy wszędzie...

Trochę inny tekst, ale musiałam jakoś "wylać" z siebie tę irytację...

Wczoraj udałam się z mamą do kina. Nieśpiesznie udałyśmy się salę, bo reklamy... Z zegarkiem w ręku sprawdziłam, że trwały one 28 minut! Serio? Gdyby to były zwiastuny filmów, dałoby się wytrzymać. Jednak w tym czasie zobaczyłam ich „aż“ 4. Zamiast tego miałam niemałą przyjemność zobaczyć reklamę emulsji dla kobiet Lactacyd Femina (2 razy, żebym przypadkiem nie zapomniała o jej magicznym działaniu), usłyszeć jak Czesław Mozil śpiewa „Ona tańczy dla mnie“ w salonie Play, podziwiać nowy model odkurzacza...
    I w tym momencie naszło mnie na przemyślenia. Bilet normalny w dzień powszedni w moim kinie kosztuje 21 zł. W weekendy ta cena zwiększa się. Seanse 3D to jeszcze większy wydatek, bo dochodzi do tego dopłata za udostępnienie okularów (jakby mi łaskę robili). Do tego dochodzą wygórowane ceny w bufecie. Najzwyklejszy zestaw jest w cenie biletu. Zwykły popcorn kosztuje ponad 10 zł, ale kasjerka i tak  naciągnie cię na większą porcję, bo „tylko złotówkę droższy, ale dwa razy większy." Są lepsze i gorsze filmy, ale na widownie chyba nie ma co narzekać. Już tylko z tych rzeczy zysk, jest chyba dość duży.
    Jednak rodzinie, która przy kasie straciła ponad 100 złoty, na dobry początek seansu funduję się prawie pół godzinny bloczek reklamowy. Na ekranie powinien widnieć napis: „Przepraszamy, ale musisz to obejrzeć, bo reklamodawcy płacą nam więcej niż TY“.
    Dla porównania w niewielkim kinie studyjnym, gdzie obowiązuje zakaz wnoszenia na salę jedzenia, (swoją drogą mają fajny napis: „Nie wnoś jedzenia, zapewniamy strawę duchową“) bilety są tańsze, a reklam nie uświadczysz. Dwa zwiastuny i początek filmu. Można? Można!
    Jako osoba, która nawet nie ogląda reklam w telewizji w trakcie filmu, tylko przełącza na inny kanał (tak, czasem zapominam wrócić na stację „wyjściową) jest to sytuacja dość irytująca. Idę do kina i jestem zmuszona oglądać tą sieczkę. Następnym razem odpuszczę, przyjdę pół godziny od rozpoczęcia seansu. Innego wyjścia nie ma.

    Reklamy to jednak nie wszystko. Jest jeszcze „lokowanie produktu“. Zazwyczaj ukazane w bardzo subtelny sposób. Kilkakrotne zbliżenie na kawę, którą pije rodzinka Boskich jest przecież takie normalne. Nawet superaparat Johnny’ego English’a to Lumix, a w siedzibie jego agencji co jakiś czas widać napis Toshiba. Wszystko poszło tak daleko, że  trudno sobie wyobrazić teledysk bez ukrytego produktu znanej marki. Nawet Rafał Brzozowski reklamuje w swoim klipie krem Nivea...
   
    Najlepszą płaszczyzną reklam pozostaje i tak sport. Obklejone parkiety, migające bandy, dmuchane balony, latające pod sufitem samoloty i wreszcie sam człowiek. To on stanowi najlepsze miejsce reklamowe. I tak widzimy w programie śniadaniowym sportowca obklejonego od stóp do głów logami sponsorów. Może trochę przesadzam, ale czy nie jest tak? Biedaczyna musi siedzieć w gorącym studiu w czapce, bo kontrakt...

    Trochę się rozpisałam, ale to „temat rzeka“. Niestety dzisiaj Isia przegrała. Szkoda, bo naprawdę walczyła. Jutro za to jeszcze większe emocje. Na początek mecz Jerzego Janowicza i znów między gemami zobaczymy astronautów rozmawiających o fugach w kosmosie. Za to wieczorem kolejne starcie siatkarzy, a w przerwie przy bliżej nieokreślonych dźwiękach znów wyskoczy nam wielbłąd przypominając, że „Czas na urlop“ . Eh...

Ola.

wtorek, 2 lipca 2013

Wimbledon

Od wczoraj w mediach, aż huczy na ten temat. Dlatego nie mogłam się powstrzymać, przed napisaniem o tym notki. W końcu z nagłówków gazet dowiadujemy się, że to "historyczna chwila polskiego tenisa". Naprawdę jest się z czego cieszyć. Polacy stanowią najliczniejszą nację w półfinałach tego najważniejszego turnieju tenisa. Za burtą już dawno znajdują się najwięksi faworyci- Rafael Nadal, Roger Federer, Maria Szarapowa, Wiktoria Azarenka... A Polacy nadal stoją na straży.


Zacznę od damskiej części naszej dumy. Dzisiejszy mecz Agnieszki Radwańskiej był chyba najlepszym jaki kiedykolwiek widziałam. Potrzebowała aż 8 piłek meczowych do zwycięstwa, ale najważniejsze, że się udało. Irytowali mnie komentatorzy, który rozpływali się nad umiejętnościami Chinki, gdy broniła kolejne "match point'y" Polki. Mówili, że niesamowicie ją takie akcje budują i dają wiarę. Tylko nie pomyśleli o tym, jak niszczy to Radwańską, że przez te ciągłe obrony może poczuć się bezsilna. Jednak Polka pokazała prawdziwą siłę i w tym przypadku okazało się, że aż do 8 razy sztuka. 
 Na dobrą sprawę, to u pań również mamy polski półfinał. Popularna Isia zmierzy się przecież z Sabine Lisicki- Niemką, polskiego pochodzenia. Co prawda znajduję się ona za Polką w rankingu WTA, ale niepokoić się o wynik pozwala fakt, że wczoraj pokonała ona wielką faworytkę i zeszłoroczną zwyciężczynię Wimbledonu- Serenę Williams. Jednak jestem pewna, że jeżeli Agnieszka zagra z taką pasją i skupieniem jak z Na Li, to zwycięstwo ma w kieszeni. A zwycięstwo Wimbledonu chyba nigdy nie będzie tak blisko...




A już jutro czeka nas bratobójczy bój o półfinał turnieju. Tak wiem, zabrzmiało jak polsatowska zapowiedź. ;) Z jednej strony serce się kraje, że podły los złączył dwóch Polaków w jednym meczu. Z drugiej strony mamy zagwarantowany półfinał. Jak mawia stare porzekadło: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. 
W głębi duszy chciałabym, aby jutro wygrał Łukasz Kubot. Jest bardziej doświadczony, dłużej czekał na taki sukces. Jednak rozum podpowiada, że większe szanse na zwycięstwo w półfinale z Andy'm Murray'em, na którego najprawdopodobniej trafi jeden z Polaków, ma Jerzy Janowicz. Przecież już raz z nim wygrał, odnosząc swój życiowy sukces.

A wy na kogo stawiacie? Miłośnika kankana- Łukasza, czy żywiołowego Jerzyka? 

Niczym kibic na widowni londyńskich kortów, zajadam się truskawkami ze śmietaną, czekając na kolejne tenisowe emocje. ;) 
Ola.
(źródło zdjęć: wp.pl)