wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczne "must-see" + życzenia

Osobiście uwielbiam w święta zasiąść wspólnie z rodziną przed telewizorem i obejrzeć jakiś lekki film. Dlatego w tej notce chcę również Wam polecić kilka tytułów. Wszystkie z nich oczywiście oglądałam, bo jak inaczej mogłabym polecić. Nie znajdziecie tu żadnej części Kevina, bo na nim nie kończą się filmy świąteczne. A szczerze przyznam, że już mnie nudzi ta coroczna szopka z tym filmem. Najpierw wszyscy hejtowali, a jak chcieli przestać puszczać to na święta, okazało się, że wiele osób się nie zgadza... Ale do rzeczy.

LISTY DO M.
"Listy do M." to 15 bohaterów i 5 wyjątkowych historii rozgrywających się w zaśnieżonej, mroźnej Warszawie w trakcie jednego wyjątkowego dnia – wigilii Świąt Bożego Narodzenia. Jego magiczna moc połączy ze sobą losy bohaterów tej wyjątkowej komedii zmieniając ich życie już na zawsze. Czasem uciekamy od miłości choć pragniemy jej najbardziej na świecie. Uciekamy od świąt, choć w głębi duszy każdy z nas chciałby, jak dziecko, napisać w liście do mikołaja swoje najskrytsze marzenia. Dlatego to film dla wszystkich, którzy wierzą w miłość i dla tych, którzy już stracili nadzieję. Dla tych, którzy szukają wzruszeń, uśmiechu, pozytywnych emocji i zaskoczenia. Dla tych, którym znudził się grzeczny Święty Mikołaj. Dla tych, którzy lubią święta ale tylko od święta i dla tych, którzy mogliby żyć świątecznym nastrojem cały rok. Dla tych, którzy krzyczą "do diabła z miłością" i dla tych, którzy szepczą "chcę zakochać się już dzisiaj".

Oglądałam ten film w zeszłe święta i zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Naprawdę, zupełnie jakby niepolska produkcja :) Znakomicie wprowadza w klimat świąt. Przeczytałam wiele opinii, że jest to tania podróbka produkcji "To właśnie miłość". Szczerze to nie oglądałam tego drugiego filmu, więc trudno mi się odnieść do tego stwierdzenia. Nawet mój tata obejrzał ten film i to w dwa dni pod rząd, a skoro jest zagorzałym przeciwnikiem komedii romantycznych, no to o czymś to chyba świadczy ;) Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że TVN zamiast poczekać do świąt, puścił ten film już kilka tygodni temu -,-

LAST MINUTE
"Pełne słońce, wypoczynek, palmy, piramidy, opaska all inclusive. I do tego wszystko za darmo! Wygrana wycieczka do Egiptu miała być dla Tomka, jego pełnej energii matki, nastoletniej córki i sprytnego syna przygodą życia. Tymczasem na lotnisku gubią ich bagaże, w hotelu dają zły pokój, w kuchni nie dają jedzenia, na domiar złego Tomek w hotelowym lobby przypadkowo spotyka licealną miłość z przyrośniętym do jej boku ideałem mężczyzny. Gorzej być nie może? Może! Organizator wycieczki plajtuje, konsulat uparcie milczy, a zawartość portfela topnieje w błyskawicznym tempie. A święta za pasem... Kiedy wakacyjny wyjazd zmienia się w komedię pomyłek, tylko jedno może uratować naszą rodzinę: polska fantazja. Skoro pomoc od organizatora nie przychodzi, rodzina Tomka bierze sprawy w swoje ręce. Cel jest prosty: zamiast koczować na lotnisku, trzeba zarobić na bilety powrotne do Polski."

Pozostając w temacie polskich filmów. Ten na pewno nie należy do tych górnolotnych. Jest kilka technicznych rzeczy, które mi się  w nim nie podobały. Jednak jest to ciepła komedyjka. Warto obejrzeć by przekonać się, że bez względu na wszystko rodzinne święta można zorganizować wszędzie. Nawet w Egipcie znajdą się grzybki do barszczyku... :P

WESOŁYCH ŚWIĄT
"Rodzinna komedia o zaciętej rywalizacji, skłóconych sąsiadach i radosnym świątecznym nastroju. Dla mieszkającego w małym amerykańskim miasteczku okulisty Steve'a Fincha (Matthew Broderick) święta Bożego Narodzenia to najważniejszy okres w roku. Mimo rodzinnych protestów, grudniowy kalendarz świetnie zorganizowanego Steve'a wypełniony jest wszystkim, co tylko możliwym - od dorocznej rodzinnej fotografii po uroczyste ubranie choinki i wspólne kolędowanie z sąsiadami. Plany Steve'a stają pod znakiem zapytania, kiedy do domu obok wprowadza się arogancki sprzedawca samochodów Buddy Hally (Danny DeVito). Buddy próbuję odebrać Steve'owi tytuł miejscowego Króla Świąt - chcę udekorować swój nowy dom lampkami tak by był widoczny z kosmosu! Między mężczyznami dochodzi do rywalizacji..." 

Jeden z moich ulubionych filmów! To taki mój odpowiednik Kevina. Mogłabym oglądać to co roku (i chyba właśnie tak jest). Naprawdę prześmieszne sceny, dzięki którym wręcz nie można powstrzymać się od śmiechu. No, ale tego można było się spodziewać po filmie z Danny DeVito. :)
Film można obejrzeć na TVP2 w wigilijny wieczór o godz. 21.35 oraz dzień później o 12.20.

W KRZYWYM ZWIERCIADLE: WITAJ ŚWIĘTY MIKOŁAJU!
"Clark Griswold mieszka z rodziną na przedmieściach Chicago. Chce urządzić bliskim wspaniałe Boże Narodzenie, jednak niemal na każdym kroku prześladuje go pech. Oprócz zaproszonych rodziców Clarka i jego żony Ellen, na rodzinnej uroczystości pojawiają się także niezapowiedziani goście: kuzyn Eddie  razem z małżonką, dwójką dzieci oraz niesfornym psem. Na święta przyjeżdżają również wuj Lewis i ciotka Bethany. Na domiar złego, choinkowe lampki nie chcą świecić, a Clark może nie dostać corocznej premii, która miałaby mu pomóc zrealizować rodzinne marzenia..."

Filmy z rodzinką Griswoldów to już klasyka komedii. Wszystkie części są świetne. Nie ważne, że oglądałam to już tyle razy, zawsze bawi do łez. :)
W telewizji do zobaczenia 25 grudnia o godz. 9.30 na TVN.

JA CIĘ KOCHAM, A TY ŚPISZ
"Lucy (Sandra Bullock) sprzedaje bilety w metrze. Codziennie rano siedząc w pracy obserwuje młodego, wyglądającego na bogatego mężczyznę (Peter Gallagher), w którym się po kryjomu podkochuje. Pewnego dnia Lucy ratuje życie swojemu "ukochanemu", który wpada pod pociąg. Niestety w wyniku wypadku popada w śpiączkę i trafia do szpitala. Tam dziewczyna poznaję rodziców mężczyzny, którzy biorą ją za narzeczoną syna."

Typowa komedia romantyczna o niesamowitym klimacie. Jak zwykle genialna Sandra Bullock. Propozycja dla romantyczek ;)

Korzystając z okazji pragnę złożyć Wam życzenia:
Życzę Wam zdrowych, pogodnych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w rodzinnej atmosferze. By spełniły się wszystkie Wasze najskrytsze marzenia i by każdy kolejny dzień obfitował w powody do uśmiechu! By magia tych świąt nie opuszczała Was przez cały nadchodzący rok i oby był on dla Was niezapomniany!

Ola.
(źródło opisów: filmweb.pl ; źródło zdjęć: google.pl)

czwartek, 12 grudnia 2013

Decoupage, czyli pomysł na niebanalny prezent.

Zima za pasem, dlatego, jak zapewne zauważyliście, postanowiłam zmienić nagłówek. Poprzedni przywoływał wspomnienia beztroskich wakacji. Mam nadzieję, że ten wam się podoba, gdyż również wykonałam go sama ;P

A skoro zima, to i święta. Dlatego kilka najbliższych postów poświęcę właśnie tematyce świątecznej. Każdy z nich będzie dotykał trochę innej dziedziny, ale wszystkie będą "krążyć" wokół Bożego Narodzenia.

No to zaczynamy! Każde kolejne święta, to problem prezentowy. Co kupić bliskim, by im się spodobało? Jeszcze większy problem to przygotowanie podarunku dla wylosowanej osoby z klasy. Chyba każdy zna to z autopsji. Nie dość, że prezent ma zaspokoić oczekiwania obdarowywanego, to jeszcze trzeba się zmieścić w odpowiedniej, ustalonej uprzednio kwocie. Do tego dochodzi chęć zaskoczenia innych prezentem na który nikt inny by nie wpadł. Dlatego w tym miejscu chciałabym wam zaproponować rękodzieło. Naprawdę nie jest to trudne, a efekty są niesamowite.

W zeszłym roku długo zastanawiałam się nad prezentem dla wylosowanej koleżanki z klasy. Książka? Banał. Kubek? No proszę... Skarpetki? ...
W końcu wpadłam na genialny pomysł. Postanowiłam zrobić dla niej szkatułkę ozdobioną techniką Decoupage. Niestety nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale wyszukałam na prawdę kilka ciekawych w internecie. Mam nadzieję, że posłużą wam za inspirację.

Od czego trzeba zacząć. Podstawowe wyposażenie do decoupagu nie jest zbyt okazałe. Ja zakupiłam cały zestawik na allegro i uważam, że to się najbardziej opłaca. Osobne kompletowanie, może kosztować nas kilka razy więcej. Co wchodzi w skład takiego zestawu?
1. Przede wszystkim farby akrylowe. Biała to podstawa. Drugi powinien być ciemniejszy do kontrastu. Ja posiadam brązowy i wykonuje nim wykończenia. Reszta według potrzeb i upodobania.
2. Serwetki. Oczywista oczywistość.
3. Klej do decoupagu. Potrzebny do przyklejania serwetki do powierzchni.
4. Werniks końcowy. Innymi słowy lakier do nadania naszej pracy finalnego blasku.
5. Pędzelki. Ja mam jeden zwykły, jeden płaski i jeden zakończony gąbeczką.
6. Gąbeczka do szlifowania lub papier ścierny. Do wygładzenia powierzchni.

Kiedy zdecydujemy się już co i jakim motywem ozdabiamy, należy wykonywać czynności wg kolejności. Najpierw przygotowujemy przedmiot, czyli malujemy go jasną farbą. Następnie przecieramy gąbeczką do szlifowania, by powierzchnia do dekorowania była czysta i gładka. Z serwetki należy usunąć dwie cienkie warstwy, tak by pozostała tylko ta kolorowa. Jest to ważne, gdyż bez tego serwetka pomarszczy się. Tak przygotowany materiał przykładamy do przedmiotu. Na pędzelek nakładamy trochę kleju i delikatnymi ruchami wygładzamy serwetkę od środka do zewnątrz, wypuszczając przy tym pęcherzyki powietrza. Pozostawiamy do wyschnięcia. Gdy jesteśmy już zadowoleni z wyglądu naszego przedmiotu, pozostaje już tylko nałożyć werniks końcowy. Należy to zrobić kilkakrotnie, by uzyskać jak najlepszy efekt.

To takie podstawowe informacje. Moja, wspomniana wcześniej, szkatułka ozdobiona była aniołkiem. Całość była biała, ale wokół obrazka wykonałam lekkie brązowe cienie. Ponadto tym samym ciemnym kolorem lekko pomalowałam kanty  i poniżej zatrzasku namalowałam za pomocą szablonu aniołki. Ja byłam niesamowicie zadowolona z efektu, mam nadzieje, że koleżanka, która go otrzymała również. Jedno jest pewne. Nikt nie chciał uwierzyć, ze zrobiłam to sama!
Jeśli nie chcecie poświęcać zbyt wiele czasu na rękodzieło, to polecam zrobienie kolczyków. Mogą to być zwykłe wkrętki. Sama takie posiadam. Są nieduże, więc zmieściła się na nie tylko jedna mała różyczka, ale efekt jest śliczny. No i największy plus. Na pewno nikt inny takich nie posiada!

Jak widzicie na zdjęciach, tą techniką można ozdabiać wiele rzeczy. Począwszy od drewnianych breloczków, po bransoletki, korale, doniczki, skończywszy na meblach. Istnieją nawet specjalne zestawy to ozdabiania lnianych toreb! Najlepsze w tym jest to, że możliwości są nieskończone. Bo przecież istnieją miliony wzorów serwetek!
Jeżeli nigdy nie próbowaliście swoich sił w decoupagu, to zachęcam! Po stworzeniu nawet najmniejszej rzeczy będziecie mieć niesamowitą satysfakcję.

Pozdrawiam; Ola.

(Żródło zdjęć: weheartit.com , tumblr.com)

sobota, 23 listopada 2013

Lektura to bzdura?

No właśnie, jak to jest. Przez ostatni czas mam w szkole istny maraton lekturowy. Kończymy omawiać jedną i znów zaczynamy nową. Romantyzm. Kto już przerabiał ten zrozumie. Dlatego coraz częściej zastanawiam się jaki jest sens omawiania tylu lektur.

Żeby było jasne. Naprawdę lubię czytać. Jest to dla mnie przyjemność i jedna z lepszych form spędzenia wolnego czasu. Jednak coraz rzadziej sięgam po książki, które czytam tylko dla siebie. Powodem może być (i na pewno jest) brak czasu. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nie ma w tym odrobiny zniechęcenia. Męczę się czytając nie interesujące mnie lektury,a potem nie mam siły spojrzeć na jakąkolwiek książkę. U mnie jest to kwestia przestawienia i wiem, że jeśli "odstawie" lektury z przyjemnością będę "łykać" wybrane przeze mnie powieści. Jednakże są osoby, które nie przepadają za czytaniem. Co i rusz są organizowane jakieś akcje społecznościowe, które mają zachęcić rodaków do czytania. Ale jak oni mają czytać, skoro w szkole są wręcz do tego zmuszani. Jak wiadomo "z niewolnika nie ma pracownika", a większości z nas czytanie będzie się kojarzyć nie z przyjemnością, a z przykrym obowiązkiem. Smutne to.

Wiadomo, że lektury mają pouczać, pozwalają nam poznać realia minionych epok, itd. Jak już wspomniałam, aktualnie na polskim przerabiam romantyzm. Co za tym idzie utwory Mickiewicza nie są mi już obce. No i wiadomo, że wieszcz, że wielki patriota, że wybitny twórca... Ale... Czytając Dziady cz.III zamiast zachwycać się kunsztem literackim naszego Adaśka, miałam zgoła inne przemyślenie. No dobra, przyznam się bez bicia, że prawie jęczałam czytając po raz kolejny ta samą linijkę z nadzieją, że może w końcu ją zrozumiem, ale to nie ważne. Z przykrością muszę stwierdzić, że w pewnym momencie określiłam Mickiewicza jako obłudnego. No bo jak osoba, która siedziała sobie na emigracji, może kogokolwiek rozliczać z niepowodzenia powstania listopadowego. No dobra niby chciał wziąć w nim udział, ale przez rok nie mógł dotrzeć na tereny polskie. Więc jak może dawać złote rady i propagować postawę prometejską? Chyba nie do końca taki wniosek miałam wyciągnąć po przeczytaniu jego dzieła.


Mój kolejny problem- interpretacja. Ostatnimi czasy wypożyczam tylko książki z opracowaniem z tyłu. Powód? Nie chce mi się czytać całości i polegam na streszczeniu? Nie! Po prostu bez jego przeczytania nie jestem w stanie zrozumieć utworu. Czasami zastanawiam się niczym Keanu Reeves na memach: "A co jeśli autor miał inne przemyślenia, a my to źle interpretujemy?" Gdy męczę się nad zrozumieniem kolejnego arcydzieła literatury, nachodzi mnie nostalgia. Patrzę jaką lekturę tym razem przyniósł do domu mój młodszy i brat i tęsknie do książek, które czytałam w podstawówce. Wtedy oczywiście nie doceniała ich wartości, ale teraz patrze na to z zupełnie innej perspektywy. Bo według mnie najpiękniejsze są książki z morałem. Te które uczą jak żyć (lub jak nie żyć) by być lepszym człowiekiem. I tak wspominam przepiękne "Spotkanie nad morzem", wzruszających "Chłopców z Placu Broni" czy choćby ponadczasowego "Małego Księcia". To były lektury!


Jednakże dzisiaj rano zrozumiałam, że lektury mogą się do czegoś przydać (oprócz zdania matury oczywiście). Otóż oglądając "Pingwiny z Madagaskaru", usłyszałam takie oto słowa: "Jestem jak ten Wallenrod. Jestem zakonspirowanym zbawcą." Wypowiedział je oczywiście król Julian, któremu jestem dozgonnie wdzięczna za udowodnienie mi, że czytanie lektur jednak przydaje się w życiu codziennym. :P

Na koniec perełka, co prawda z opracowania, ale którą zachowam w sercu na zawsze. "[...] Kordian rzuca się na chmurę, która przenosi go z Mont Blanc na ziemię polską." Myślisz, że to science fiction, a tak naprawdę to dramat romantyczny. Wiecie który dokładnie

? ;D

Tak trochę pół żartem, pół serio, ale pytanie z tematu zostawiam Wam. Jestem ciekawa co Wy o tym wszystkim sądzicie. Może ja jak zwykle trochę przesadzam. Piszcie w komentarzach wasze opinie.

Jeśli macie instagrama to zachęcam do zaglądania na mój profil: http://instagram.com/iskaria
Piszcie swoje nicki, a chętnie "zaserduszkuje" wam parę zdjęć. 
Mam nadzieję, że teraz znajdę więcej czasu na pisanie. Tymczasem pozdrawiam Was cieplutko.

Ola.

PS.:
Właśnie dzisiaj rozpoczął się zimowy sezon w skokach narciarskich. Chłopaki naprawdę dają radę, dlatego zachęcam was do oglądania. :D

(źródło zdjęć: glosywmojejglowie.pl ; demotywatory.pl)

sobota, 2 listopada 2013

Tauron Basket Liga

O jacie, jacie. Ale mnie tu dawno nie było. No to teraz jedno wielkie PRZE-PRA-SZAM.  Wymówka mojej nieobecności zawiera się w jednym, ale jakże wymownym słowie "szkoła". Na pewno wszyscy wiedzą, o co chodzi. ;P

Przez ten okres od wakacji, trochę się pozmieniało. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Wystartowały polskie sportowe ligi. Jestem pewna, że wszyscy wiedzą o PlusLidze. Wszyscy ekscytują się siatkówką, w każdy weekend jest kilka meczy w tv. Ale czy ktoś kiedyś słyszał o TBL? Czy ktoś tu interesuję się polską koszykówką? 

Mówiąc "polska koszykówka" pewnie większość z was myśli o Marcinie Gortacie. Hmmm... Przecież on gra w NBA. A teraz coś co większość z was może zaskoczyć: W Polsce istnieje ekstraklasa koszykówki. No dobra, może nie jest to zbyt wysoki poziom, ale niektóre mecze to prawdziwe perełki i naprawdę jest na co popatrzeć.

To może najpierw kilka informacji ogólnych:
PLK- jest to skrót od Polska Liga Koszykówki. W jej ramach rozgrywa się TBL, czyli Tauron Basket Liga (innymi słowy ekstraklasa koszykarzy). W jej ramach rywalizuje 12 drużyn, którymi są (w kolejności alfabetycznej):
Anwil Włocławek
Asseco Gdynia
AZS Koszalin
Energa Czarni Słupsk
Kotwica Kołobrzeg
PGE Turów Zgorzelec
Polpharma Starogard Gdański
Rosa Radom
Stabill Jezioro Tarnobrzeg
Stelmet Zielona Góra
Trefl Sopot
WKS Śląsk Wrocław.


Osobiście pochodzę ze Słupska i od ładnych paru lat kibicuję Czarnym. To co się dzieję u nas na trybunach, w czasie wyjątkowo emocjonujących meczy, jest po prostu nie do opisania. Ponadto na każdy mecz większość kibiców na trybunach ubrana jest w czerwone koszulki. Ta akcja trwa nieprzerwanie od kilku sezonów. Podejrzewam, ze to właśnie My zapoczątkowaliśmy tą ideę ubierania jednokolorowych t-shirtów na mecze drużyny.  Ostatnio widziałam coś takiego podczas meczu Skry.

Koszykówka to chyba najbardziej nieprzewidywalny sport. Nieraz byłam świadkiem tzw. buzzer beater'ów, czyli celnych rzutów w ostatniej sekundzie meczu, decydujących o zwycięstwie danej drużyny. Chyba nigdzie indziej sekunda nie znaczy tak wiele. Takie zakończenia powodują palpitacje serca u kibiców, ale następująca po tym radość, jest nie do ogarnięcia. Odsyłam was do filmiku, gdzie mój ulubiony koszykarz- Paweł Leończyk zdobywa zwycięskie punkty równo z syreną końcową. Obczajcie tą radość kibiców ;) (Zalecam oglądać od 3 minuty):

Koszykówka to jedyny taki sport, gdzie nawet prowadząc 20 punktami w połowie meczu, nie można być pewnym zwycięstwa. Przykład? Czarni Słupsk podczas meczu o brązowy medal prowadzili przez cały mecz, aby pod koniec doprowadzić do nerwowej końcówki. W rezultacie na kilkanaście sekund przez końcem, drużyna przeciwna miała szansę wygrać całe spotkanie.  Wszystko skończyło się szczęśliwie dla Nas- Czarnuchów. To co działo się po końcowej syrenie było niesamowite. Wszyscy cieszyli się jak dzieci. Do dziś wspominam ten dzień, jako najpiękniejszy w życiu. Polecam obejrzeć wam również ten filmik, w którym gościnnie wystąpiłam ;) Zobaczcie do końca i znów zwróćcie uwagę na kibiców.


 
 Koszykówka, to na pewno  sport pełen emocji. Bardzo chimeryczny. Potrafi sprawić, że w jednej sekundzie trafisz ze sportowego nieba do piekła. Sport w którym twój każdy najmniejszy błąd, może mieć znaczenie. Każdy punkt jest na wagę złota. Każda akcja jest inna. W meczach nie można mówić o faworycie. Właśnie za to kocham tę sport!

Esencja koszykówki i kibicowania:


Dlatego jeśli kiedykolwiek będziecie mieli taką możliwość, to zachęcam was do obejrzenia meczu TBL w telewizji. W każdy weekend Polsat Sport News transmituje jeden mecz. Nie zawsze są to drużyny z górnej półki, a co za tym idzie widowisko może nie być zadowalająca. Jednak większość meczy to walka i emocje do końca.

Zainteresowanych odsyłam na stronkę: plk.pl

Pozdrawiam; Ola.
PS.:
Zachęcam do stałego kontaktu ze mną poprzez stronę: twitter.com/RozmarzonaOna

środa, 28 sierpnia 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Poradnik pozytywnego myślenia. Tytuł ten większości kojarzy się z filmem. Nie każdy jednak wie, że scenariusz do niego powstał na podstawie książki Matthew Quick'a.

Zacznijmy od początku:
Był chłodny styczniowy wieczór. Posiadająca stan podgorączkowy zamiast energii, wpadłam na pomysł obejrzenia jakiegoś ciekawego filmu. Na jednej ze stron internetowych odnalazłam nominowany do Oscara ("skoro nominowany to pewnie będzie fajny") "Poradnik pozytywnego myślenia". Jego premiera miała być w kinach dopiero za kilka tygodni, co bardzo mi się spodobało, gdyż zawsze lubię być "do przodu". Następnie przeczytałam:

"Pat Solatano (Cooper) nie jest zwykłym facetem i ma papiery, którymi może to udowodnić. Po ośmiu miesiącach terapii wraca do rodzinnego domu, by zacząć od nowa w ramach filozofii "pozytywnego myślenia". Jego konsekwentna strategia zmienia się, gdy poznaje intrygującą dziewczynę z sąsiedztwa, Tiffany (Lawrence). Wzajemna niechęć pary ekscentryków przeradza się w niespodziewaną więź, a wszystkie dotychczasowe plany mogą stać się jedynie nieważnymi wspomnieniami."

Zahipnotyzowana, spoglądającymi na mnie z fotografii plakatu, oczami Bradleya Coopera, postanowiłam rozpocząć projekcję. Z każdą kolejną minutą zastanawiałam się, czy chodzi aby na pewno o "te Oscary". Nie wiedziałam czy te postrzeganie to wina mojego słabego samopoczucia, czy w tym filmie naprawdę nic się nie działo. Ostatecznie wymiękłam po godzinie oglądania, stwierdzając, że jak dotąd nic się nie dzieje. Jednak obiecałam sobie, że następnego dnia dokończę, bo wierzyłam, że akademia nie mogła się mylić dając temu tytułowi aż 8 nominacji.
Kolejny dzień. Kolejna godzina filmu. Ku mej uciesze w końcu nakreśliła się jego akcja. Jednak daleko było jej do żywiołowej. Ostatecznie film oceniłam na 7/10, stwierdzając, że jest całkiem przyjemny (?). Stan zahipnotyzowania chyba dalej nie opuszczał. ;) No i muszę przyznać, że uwiodła mnie scena tańca. Najlepsza w całym filmie! Zobaczcie sami:



Kilka miesięcy później na półce z nowościami Empiku zobaczyłam książkę "Poradnik pozytywnego myślenia". Znowu te błękitne oczęta. Od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Po jakimś czasie mama zakupiła mi ją na promocji w Lidlu. No bo gdzie lepiej kupować książki? ;)
Zabrałam się do czytania. Lektura od razu mnie pochłonęła. Miałam wrażenia, że główny bohater opowiada mi o swoim życiu. Jest to zasługa lekkiego języka. Książka jest zabawna, ale skłania do refleksji. Na szczęście nie w "brutalny" sposób, jeśli mogę to określić. Do puenty dochodzi sam czytelnik. Według mnie świetnym urozmaiceniem jest rozdział "Mój montaż ujęć". Różni się od pozostałych. Pat wpada na pomysł, że przygotowania do turnieju tanecznego, opisze jedynie fragmentarycznie. Ma to przypominać
część filmu. Z resztą niech sam wam to wytłumaczy:
"[...] zaczynając pisać tę część, przypominam sobie, że kiedy w każdym ze swoich filmów Rocky musi stać się lepszym bokserem, pokazywane są ujęcia, jak robi pompki na jednej ręce, biega po plaży, zadaje ciosy półtuszom w rzeźni, biega po schodach muzeów sztuki [...] - wszystko przy dźwiękach jego przewodniej piosenki, która być może jest nawet najlepszą piosenką na świecie "Gonna Fly Now". W filmach o Rockym wystarczy kilka minut, by oddać tygodnie, a mimo to publiczność doskonale rozumie, że wypracowanie umiejętności bokserskich kosztowało Rocky'ego wiele wysiłku, chociaż tak naprawdę zobaczyliśmy tyko kilka urywków morderczo trenującego włoskiego ogiera."
Czytając tę część czułam się jakbym naprawdę oglądała film. Oczywiście cały czas nuciłam sobie muzyczny motyw Rocky'ego. ;)
Fragmenty, gdy Pat z rodziną kibicuje ukochanej drużynie, czyli Orłom przeniosły mnie na stadion. Sama chciałam zacząć krzyczeć O-R-Ł-Y! I to jest w tej książce najlepsze. Wszystko jest tak realistycznie opisane. Przez te kilka dni Pat stał się moim przyjacielem ;)

Podsumowując.
Gdybym najpierw przeczytała książkę, a dopiero potem obejrzała film, ekranizację oceniłabym jako "beznadzieję". Teraz wydaje mi się on bardzo płytki z typowo Hollywoodzkim zakończeniem. Tymczasem w książce wygląda to trochę inaczej i do tego Pat wyciąga takie piękne wnioski ze swojego życia i życia innych. Na zakończenie, aż się wzruszyłam.
Dlatego jeżeli, ktoś zamierzał obejrzeć film, to błagam niech najpierw przeczyta książkę!

Na koniec anegdotka:
*siedzę zaczytana na działce*
Ciocia: "Co czytasz?"
Ja: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Ciocia: "Wierzysz w takie bzdury?"
Ja: "Przecież to fabuła. Na podstawie tej ksiązki nakręczili film."
...

W razie pytań odsyłam tutaj: http://ask.fm/RozmarzonaOna
Ujawniłam się także na instagramie ;) http://instagram.com/iskaria#


Zobaczycie, jeszcze kiedyś zatańczę z Bradley'em. ;)
Kłaniam się w pas.
Ola.

Ps : Dzisiejszy post sponsorował Bradley Cooper. ;)

(Źródło zdjęć: google.pl)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Zakopane

Tak, wróciłam już do domu. ;) Jak zwykle bardzo ciężko jest mi ponownie powrócić do codzienności. Pewnie jeszcze przez dłuższy czas będę rozpamiętywać mój wyjazd. Muszę to przyznać- kocham Zakopane i polskie Tatry! Tak bardzo nie chciałam wracać. Mimo, że miałam już dość tłumów na Krupówkach, malkontentów z kijkami na wąskich kamienistych szlakach i... bolących nóg. ;p

Długo zastanawiałam się czy po przyjeździe zrobić normalną notkę czy o pobycie w górach. Zdecydowałam się na to drugie, choć pewnie dla was jest to mniej ciekawe. Jednak jest to okazja na miłe powspominanie.
Z resztą chcę zrobić reklamę pięknym regionom Polski, bo jak mawia klasyk "Cudze chwalicie, swego nie znacie..." Nic bardziej mnie nie denerwuje jak stwierdzenie, że w górach nie ma nic ciekawego. Ja w Zakopanem byłam już 4 rok z rzędu i mam nadzieję, że nie ostatni. Mam jeszcze mnóstwo szlaków do przejścia ;)

Dobre, bo polskie:
  Ząb


Widok z czyjegoś podwórka w Zębie. To ja jadę 14 godzin przez całą Polskę, żeby zobaczyć takie widoki, a ktoś widzi je codziennie rano z okna? Życie jest takie niesprawiedliwe...
Niestety Kamila Stocha w Zębie nie spotkałam. ;p

Dolina Pięciu Stawów
9 i pół godziny wędrówki. Wypite ponad 2 litry wody "na głowę". Niewspółpracujące ze mną kolano. Dla takich widoków warto!

Taka ścieżka. Miliardy kamieni. Niektóre ruchome. Czasami trzeba było trzymać się pazurami by wejść do górę. Jak jeszcze dodam, że wybrałam się tam z pieruńsko bolącym przy każdym ruchu kolanem, to weźmiecie mnie za kompletną wariatkę. ;)


Prawie półmetek drogi. Widok na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami.


Dolina Pięciu Stawów Polskich widziana z góry. Stąd już tylko z górki do schroniska, a potem powrót też cały czas w dół.  

Siklawa. No może nie jest to Wodospad Iguazu, ale też się ładnie prezentuje ;)

Czerwone Wierchy - Kondracka Kopa


Podczas gdy wszyscy przeżywają łańcuchy na Giewoncie, na szlakach jest bardzo wiele takich miejsc w których ich nie ma, a byłyby bardzo pomocne. Czasem trzeba iść podpierając się 4 kończynami, a czasem dodatkowo i 4 literami. Jednak znów- czego się nie robi dla takich widoków. ;)

Giewont widziany z drugiej strony. Patrząc z miasta mogłoby się wydawać, że to jedna góra. W rzeczywistości szczyt z krzyżem i tzw. Giewont Długi dzieli dość duża szczelina.

  
Schodząc z Kondrackiej Kopy miałam okazję poprzyglądać się Giewontowi. Jak widać na zdjęciu przy wejściu na szczyt jest gigantyczna kolejka. Nigdy tego nie zrozumiem, bo czemu akurat tam ludzie się pchają? Że niby ładny widok na Zakopane? Wchodząc na Kopę po Czerwonych Wierchach podziwiałam Zakopane z góry przez całą drogę. Z drugiej strony miałam piękny widok na Słowackie Tatry. Sama Kopa jest nawet wyższa od Giewontu, bo ma 2005 m n.p.m.Podobno w tym roku na Giewoncie porządku pilnowali wolontariusze, bo było tylu ludzi.

Na luzie

 
Czas gorszej pogody przeznaczyliśmy na odpoczynek i leniuchowanie. Wybraliśmy się na skocznie by "zarezerwować" miejsca na zimę. Bystre oko dojrzało ślady małyszomanii. Ta skocznia wciąż pamięta Orła z Wisły... ;)

W jedyny dzień w którym mogłam się wyspać, bo nie trzeba było iść na szlak a słońce nie świeciło w okno, i tak wstałam przed 8. Powód? Trening kadry B na Wielkiej Krokwi. Dla większości z was pewnie nie byłoby w tym nic ciekawego, ale ja uwielbiam skoki. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć skoki na żywo. Stwierdziłam, że chłopaki nie wiedzą co to strach. Pod koniec zaczął padać deszcz i gęsta mgła pokryła skocznię. Komentarz Grześka Miętusa (jegomość na zdjęciu) po skoku w takich warunkach: "Ale hardcore! Jak leciałem to dopiero 90 metr widziałem". Oczywiście wszystko z szerokim uśmiechem. Serio? Ja bym nawet na belce się bała usiąść.

A tu taka nowość. Restauracja mieszcząca się tuż obok chińskiej (i myślę, że to wszystko tłumaczy). To miasto nie przestanie mnie zadziwiać ;)


Oczywiście to tylko namiastka tego co widziałam i gdzie byłam. ;) Wybrałam najbardziej interesujące zdjęcia, ale fotografką nie jestem. ;p Jedno jest pewne. Za rok muszę jechać znów. Choć może uda się szybciej. Zamarzyłam sobie wyjazd na Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Wszystko jest na dobrej drodze, aby spełniło się to marzenie. I nie ważne, że do Zakopanego mam ponad 14 godzin drogi. I tak kocham tam jeździć!

Ola.


piątek, 9 sierpnia 2013

Pozdrowienia!

Mogłoby sie wydawać, że od pewnego czasu zaniedbuję bloga. Korzystając z chwili wolnego czasu spowodowanego burzą,  chcialabym się usprawiedliwić. :) Brak nowych notek spowodowany jest moim wyjazdem. Aktualnie przebywam w Zakopanem. Dostęp do internetu mam tylko w telefonie. Dlatego też nie zaglądam na wasze blogi. Jednak obiecuję,że nadrobę wszystko po powrocie do domu.
Tymczasem pozdrawiam wszystkich i każdego z osobna z jak zwykle przepieknych polskich Tatr!
Ola.