Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2018

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri



Cześć!

Dziś chciałabym polecić Wam świetny film- Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Produkcja ta zdobyła 4 złote globy (m.in. za najlepszy dramat i za najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską) oraz jest faworytem do Oscara (7 nominacji). Wszystkie nagrody są w tym przypadku jak najbardziej zasłużone!

Film opowiada o samotnej matce, której córkę zamordowano. Pewnego dnia wynajmuje tytułowe 3 billboardy, by umieścić na nich prowokacyjny przekaz zaadresowany do szeryfa policji. I właśnie od tego wydarzenia zaczynamy podpatrywać życie mieszkańców miasteczka. Jedni stają po stronie kobiety, inni mają jej za złe, tak bezpośredni atak. Szczerze powiedziawszy często jest opisywać ten film. Nie ma w nim jakiejś porywającej akcji. Śledzimy kolejne kroki kobiety, która staje w walce o zadośćuczynienie krzywdy jaką spotkała jej córkę. Przyglądamy się losom mieszkańców, którzy stanowią ciekawą galerię osobistości. Wśród nich na uwagę zasługuje posterunkowy Dixon, który z jednej strony jest niesamowitym maminsynkiem, a z drugiej strony bardzo porywczy i niestroniący od przemocy. Mimo poważnego tematu, znajdziemy tu sceny lekko komediowe. Bryluje w nich znany m.in. z Gry o tron Peter Dinklage.

Wielkim atutem filmu jest genialne aktorstwo. Rolę główną gra tu niesamowita Frances McDormand (Tajne przez poufne, Fargo). Zdobyła już mnóstwo nagród za tą rolę i mam nadzieję, że do tej kolekcji dołoży jeszcze Oscara. Świetni są również aktorzy drugoplanowi. W rolę szeryfa wciela się Woody Harrelson (Iluzja, Igrzyska śmierci), a w rolę posterunkowego Dixona- Sam Rockwell (Dziki Bill z Zielonej mili). Co ciekawe, obydwaj nominowani są do Oscara w kategorii Najlepszy aktor drugoplanowy. Mi szczególnie spodobała się rola tego drugiego. Nie darzyłam jego bohatera szczególną sympatią. Jednak w trakcie filmu przechodzi on pewnego rodzaju przemianę. I jest to tak wiarygodnie zagrane, że pod koniec filmu można z nim nawet lekko sympatyzować. Dzięki temu myślę, że Sam Rockwell nie będzie mi się kojarzył tak negatywnie (ze względu na graną postać) jak po obejrzeniu Zielonej mili.
 
Jak już wspomniałam, niektórzy mogą zarzucić, że w filmie nic się nie dzieję. I trochę tak jest. Jednak uważam, że to jest jego atutem. W wolnej akcji, podglądamy wydarzenia, które zmieniają miasteczko, postrzeganie pewnych spraw, ale i samych ludzi. Wszystkie te wydarzenia to nic innego jak podążanie za sprawiedliwością, ukojeniem własnej duszy po stracie bliskiej osoby. Każdy robi to w inny sposób- jedni szukają ukojenia w ramionach młodszej partnerki a inni ruszają na otwartą walkę z posterunkiem policji. Niektóre filmy po prostu nie potrzebują szybkich pościgów i głośnych strzelanin, by być genialne.

Film od razu stał się jednym z moich ulubionych i mimo, że mamy dopiero początek lutego, to jestem pewna, że będzie to jedna z najlepszych produkcji tego roku. Jeżeli nie wiecie na co wybrać się do kina, a lubicie obejrzeć dobry dramat, to z czystym sercem polecam wam „3 billboardy”.

Ola.

(Źródło zdjęć: filmweb.pl, google.pl)

środa, 28 sierpnia 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Poradnik pozytywnego myślenia. Tytuł ten większości kojarzy się z filmem. Nie każdy jednak wie, że scenariusz do niego powstał na podstawie książki Matthew Quick'a.

Zacznijmy od początku:
Był chłodny styczniowy wieczór. Posiadająca stan podgorączkowy zamiast energii, wpadłam na pomysł obejrzenia jakiegoś ciekawego filmu. Na jednej ze stron internetowych odnalazłam nominowany do Oscara ("skoro nominowany to pewnie będzie fajny") "Poradnik pozytywnego myślenia". Jego premiera miała być w kinach dopiero za kilka tygodni, co bardzo mi się spodobało, gdyż zawsze lubię być "do przodu". Następnie przeczytałam:

"Pat Solatano (Cooper) nie jest zwykłym facetem i ma papiery, którymi może to udowodnić. Po ośmiu miesiącach terapii wraca do rodzinnego domu, by zacząć od nowa w ramach filozofii "pozytywnego myślenia". Jego konsekwentna strategia zmienia się, gdy poznaje intrygującą dziewczynę z sąsiedztwa, Tiffany (Lawrence). Wzajemna niechęć pary ekscentryków przeradza się w niespodziewaną więź, a wszystkie dotychczasowe plany mogą stać się jedynie nieważnymi wspomnieniami."

Zahipnotyzowana, spoglądającymi na mnie z fotografii plakatu, oczami Bradleya Coopera, postanowiłam rozpocząć projekcję. Z każdą kolejną minutą zastanawiałam się, czy chodzi aby na pewno o "te Oscary". Nie wiedziałam czy te postrzeganie to wina mojego słabego samopoczucia, czy w tym filmie naprawdę nic się nie działo. Ostatecznie wymiękłam po godzinie oglądania, stwierdzając, że jak dotąd nic się nie dzieje. Jednak obiecałam sobie, że następnego dnia dokończę, bo wierzyłam, że akademia nie mogła się mylić dając temu tytułowi aż 8 nominacji.
Kolejny dzień. Kolejna godzina filmu. Ku mej uciesze w końcu nakreśliła się jego akcja. Jednak daleko było jej do żywiołowej. Ostatecznie film oceniłam na 7/10, stwierdzając, że jest całkiem przyjemny (?). Stan zahipnotyzowania chyba dalej nie opuszczał. ;) No i muszę przyznać, że uwiodła mnie scena tańca. Najlepsza w całym filmie! Zobaczcie sami:



Kilka miesięcy później na półce z nowościami Empiku zobaczyłam książkę "Poradnik pozytywnego myślenia". Znowu te błękitne oczęta. Od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Po jakimś czasie mama zakupiła mi ją na promocji w Lidlu. No bo gdzie lepiej kupować książki? ;)
Zabrałam się do czytania. Lektura od razu mnie pochłonęła. Miałam wrażenia, że główny bohater opowiada mi o swoim życiu. Jest to zasługa lekkiego języka. Książka jest zabawna, ale skłania do refleksji. Na szczęście nie w "brutalny" sposób, jeśli mogę to określić. Do puenty dochodzi sam czytelnik. Według mnie świetnym urozmaiceniem jest rozdział "Mój montaż ujęć". Różni się od pozostałych. Pat wpada na pomysł, że przygotowania do turnieju tanecznego, opisze jedynie fragmentarycznie. Ma to przypominać
część filmu. Z resztą niech sam wam to wytłumaczy:
"[...] zaczynając pisać tę część, przypominam sobie, że kiedy w każdym ze swoich filmów Rocky musi stać się lepszym bokserem, pokazywane są ujęcia, jak robi pompki na jednej ręce, biega po plaży, zadaje ciosy półtuszom w rzeźni, biega po schodach muzeów sztuki [...] - wszystko przy dźwiękach jego przewodniej piosenki, która być może jest nawet najlepszą piosenką na świecie "Gonna Fly Now". W filmach o Rockym wystarczy kilka minut, by oddać tygodnie, a mimo to publiczność doskonale rozumie, że wypracowanie umiejętności bokserskich kosztowało Rocky'ego wiele wysiłku, chociaż tak naprawdę zobaczyliśmy tyko kilka urywków morderczo trenującego włoskiego ogiera."
Czytając tę część czułam się jakbym naprawdę oglądała film. Oczywiście cały czas nuciłam sobie muzyczny motyw Rocky'ego. ;)
Fragmenty, gdy Pat z rodziną kibicuje ukochanej drużynie, czyli Orłom przeniosły mnie na stadion. Sama chciałam zacząć krzyczeć O-R-Ł-Y! I to jest w tej książce najlepsze. Wszystko jest tak realistycznie opisane. Przez te kilka dni Pat stał się moim przyjacielem ;)

Podsumowując.
Gdybym najpierw przeczytała książkę, a dopiero potem obejrzała film, ekranizację oceniłabym jako "beznadzieję". Teraz wydaje mi się on bardzo płytki z typowo Hollywoodzkim zakończeniem. Tymczasem w książce wygląda to trochę inaczej i do tego Pat wyciąga takie piękne wnioski ze swojego życia i życia innych. Na zakończenie, aż się wzruszyłam.
Dlatego jeżeli, ktoś zamierzał obejrzeć film, to błagam niech najpierw przeczyta książkę!

Na koniec anegdotka:
*siedzę zaczytana na działce*
Ciocia: "Co czytasz?"
Ja: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Ciocia: "Wierzysz w takie bzdury?"
Ja: "Przecież to fabuła. Na podstawie tej ksiązki nakręczili film."
...

W razie pytań odsyłam tutaj: http://ask.fm/RozmarzonaOna
Ujawniłam się także na instagramie ;) http://instagram.com/iskaria#


Zobaczycie, jeszcze kiedyś zatańczę z Bradley'em. ;)
Kłaniam się w pas.
Ola.

Ps : Dzisiejszy post sponsorował Bradley Cooper. ;)

(Źródło zdjęć: google.pl)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Bates Motel

Dawno mnie tu nie było. Przepraszam.

Przeglądając wasze blogi często widzę notki poświęcone serialom. Szczerze się przyznam, że nie jestem fanką takich odcinkowych produkcji. Podczas roku szkolnego czasem nie mam czasu obejrzeć kolejnego epizodu i tak zaprzestaję oglądać w ogóle. Nawet przestałam oglądać House'a nad czym ubolewam ;/ 


Jednak w kwietniu moją uwagę przyciągnął jeden z reklamowanych seriali. Bates Motel. Zaczęłam oglądać na 13th Street Universal. Oczywiście nie wytrwałam do końca emisji wszystkich odcinków. Serię dokończyłam dopiero tydzień temu, oglądając w internecie. ;)

Chyba każdy słyszał o Alfredzie Hitchcocku. Jednym z jego najbardziej znanych filmów jest thriller "Psychoza". Opowiada on o losach kobiety, która zatrzymuje się w mało uczęszczanych motelu. Napięcie rośnie, gdy jego właściciel zaczyna się dziwnie zachowywać...
Zastanawiacie się co to ma wspólnego z serialem. Otóż miejsce w którym rozgrywa się jego akcja to właśnie "The Bates Motel", nad którym pieczę sprawuje niejaki Norman Bates.
Scenarzyści serialu postawili sobie pytanie: Co spowodowało, że Norman stał się takim człowiekiem. I tak cofamy się do czasów jego młodzieńczego, można by rzecz nastoletniego, życia.

Akcja rozpoczyna się, gdy Norman wraz z matką Normą (!) przeprowadzają się do małego miasteczka. Ma to miejsce po tajemniczej i dziwnej śmierci Batesa seniora. Norma kupuje stary motel i mieszczące się obok niego domostwo. Chcę zacząć tam nowe szczęśliwe życie, ale nic nie idzie po jej myśli. Już pierwszego dnia dochodzi do morderstwa. Od tego momentu matka z synem będą chcieli zrobić wszystko, aby ich motel odzyskał dobre imię. Czy im się to uda?

Norman i Norma Bates

W serialu znajdziemy wiele zwrotów akcji. Gdy już wydaję nam się, że wszystko co najgorsze już za rodziną Batesów, a wszystkie "ciemne sprawy" zostają rozwiązane, na horyzoncie pojawia się tajemniczy mężczyzna z pokoju nr 9. Część odcinków może się wydawać nudna i monotonna podczas oglądania. Jednak zawsze na końcu takiego z pozoru beznadziejnego epizodu, pojawia się tzw. petarda. 

Vera Farmiga i Max Thieriot
Godna pochwały jest gra aktorów. W główną rolę wciela się Freddie Highmore. Aktor znany z wcielenia się w postać Artura z krainy Miminków oraz Charliego z fabryki czekolady. Według mnie świetnie zagrała Vera Farmiga, serialowa Norma.   Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem. Część z was może kojarzyć ją z roli matki w filmie "Chłopiec w pasiastej piżamie". Jak dotąd to jedyna produkcja z jej udziałem, którą obejrzałam, ale muszę "sięgnąć" po więcej. W roli brata Normana zobaczymy przystojnego Maxa Thieriota. Jako nastolatek wystąpił on w filmie "Pacyfikator."

Pierwsza seria liczy sobie 10 odcinków. Wszystkie w wersji z lektorem dostępne są w internecie. Aktualnie trwają prace nad 2 sezonów, którego premiera będzie w przyszłym roku. Już nie mogę się doczekać!

Polecam wam ten serial na długie, leniwe wieczory.



Jeżeli chcielibyście, trochę się o mnie dowiedzieć lub po prostu ze mną trochę popisać to zapraszam na mojego twittera: https://twitter.com/RozmarzonaOna . W tym samym celu możecie zaglądać tu: http://ask.fm/RozmarzonaOna

Pozdrawiam; Ola.

(Źródło zdjęć: tumblr.com)

czwartek, 18 lipca 2013

Tytuł tytułowi nierówny


Ile razy patrząc na polskie tłumaczenia filmów przecieramy oczy ze zdumienia. Z ciekawości postanowiłam zebrać te najbardziej kreatywne. Przy okazji mogłam zastanowić się czym kierowali się tłumacze.

Na początek klasyk. Amerykański film „Die Hard” znany w Polsce jako „Szklana pułapka”. Nie moglibyśmy tu nic zarzucić tłumaczom, a wręcz przeciwnie nawet pochwalić. Tytuł nawiązuje przecież idealnie do fabuły. Tylko nikt nie przewidział kolejnych 4 części tego megahitu z Brucem Willisem. O ile oryginalny tytuł będzie pasował do każdej przygody bohatera, to polski już niekoniecznie.
Podobnie rzecz ma się z „Hangover”. Film o nazwie „Kac”? Hmm... Przyznajcie nie brzmiałoby to zbyt dobrze. Dlatego wymyślono „Kac Vegas”. Świetne. Tylko amerykańscy twórcy znów jakby na złość postanowili nakręcić kolejną część. No i mamy „Kac Vegas w Bangkoku”. Osobiście uważam, że lepszym tytułem byłby „Kac Bangkok”. Nawiązujący do pierwszej części i unikający słowa Vegas w filmie który, oprócz wspomnień bohaterów, nic z tym miastem nie ma do czynienia. Jednak co z 3 częścią, która nie dzieje się w żadnym konkretnym miastem. „Kac: Ostateczne starcie.”? „Kac: Ostatni rozdział”? NIE! Dlatego mimo wszystko już lepsze te nasze Kac Vegas.

W niektórych przypadkach, tłumacze na siłę chcą być lepsi od twórców filmu. Zmieniają tytuły na bardziej ogólnikowe. Strasznie mnie to irytuje.
I tak mamy „Więźnia nienawiści” przekształconego z „American History X”. Niektórzy twierdzą, że to polski tytuł jest bardziej trafiony. Jednak nie taki był tytuł wypracowania napisanego przez brata głównego bohatera. Wypracowania,  którego treść opowiada film.
Następny przykład, to jeden z moich ulubionych filmów. Oryginalny tytuł to „Butterfly on a Wheel.” Nawiązuje on do kwestii jednego z bohaterów, czyli bezpośrednio do fabuły. Dość nietuzinkowy tytuł. Tak jak film! Za to u nas figuruje pod nazwą „Godziny strachu”. Można tak nazwać każdy średniej klasy niskobudżetowy film sensacyjny.
Inne przykłady:
„Million Dollar Baby”- film o dziewczynie, która za cel stawia sobie zarobić milion dolarów dzięki staniu się zawodową bokserką – „Za wszelką cenę”.
„Elvis has left the building” – komedia, gdzie wiele wątków nawiązuje do postaci Elvisa Presleya – “Zabójcza blondynka”.
„Cold Mountain” – miejsce akcji przepięknego melodramatu o wojnie secesyjnej zamienione po prostu na ogólnikowe „Wzgórze nadziei.” Niby subtelna zmiana, ale po co w ogóle było zmieniać?
„White House Down” – o ataku terrorystycznym na Biały Dom – „Świat w płomieniach”.


Niby dobrze przetłumaczony został tytuł „Reguiem for a dream”. „Requiem dla snu”. Jednak wszyscy wiedzą, że „dream” to angielski homonim, i może oznaczać również „marzenie”. Czy w tym przypadku do kontekstu filmu bardziej nie pasowałby tytuł „Requiem dla marzenia”?

Przeglądając bazę filmweb.pl, natknęłam się wczoraj na film „Orbitowanie bez cukru”. Nawet nie wiem co to ma znaczyć i co to jest w ogóle jest orbitowanie, ale nie w tym rzecz. Słysząc kiedyś ten tytuł wyobrażałam sobie słodką komedyjkę, gdzie blond nastolatki jeżdżą na różowych rolkach, żując jednocześnie gumę Orbit. Tymczasem jest to „Portret pokolenia lat 90-tych na przykładzie grupy przyjaciół, którzy po ukończeniu studiów próbują odnaleźć się w dorosłym świecie.” Taka skucha. Jak się okazuje nie tylko moja. Tytuł oryginalny brzmi „Reality bites”. W wolnym tłumaczeniu „Rzeczywistość daje się we znaki”. Może tytuł w takiej formie nie byłby zbyt dobry, ale fajnie by było gdyby chociaż choć trochę do tego nawiązywał.

I tak największą perełką, która wywołuje śmiech kolejnych pokoleń pozostaje „Dirty dancing” czyli rodzimy „Wirujący seks”. Wolę nie wiedzieć co tłumacz miał na myśli. Na szczęście, po latach film funkcjonuje u nas tylko pod oryginalnym tytułem.

Przykłady można mnożyć. Powyższe zebrałam w ramach ciekawostki.
A jaki wy znacie?

Ola.

piątek, 12 lipca 2013

Iluzja

Kolejna "Środa z Orange". ;) Tym razem wybór padł na film "Iluzja". Bardzo chciałam go obejrzeć, ze względu na dużo pozytywnych opinii w internecie oraz wysoką średnią na filmweb (chociaż ta bywa często złudna). Na pewno nie był to zmarnowany czas.

Pierwsze zaskoczenie już przy kasie. I nawet nie chodzi o to, że na multikino.pl było napisane, że seans zaczyna się o 18.15, a na miejscu okazało się, że jednak o 17.50. Niech im już będzie.  Zawsze, gdy przychodziłam na seans, oprócz mnie na sali było zaledwie kilkanaście osób. Tym razem trudno było znaleźć 4 miejsca koło siebie (byłam z rodzinką). W rezultacie siedzieliśmy w 3 rzędzie od dołu. Tak wielkie zainteresowanie filmem półtora tygodnia po premierze. To już o czymś świadczy.

Zapowiedź filmu:

"Czwórka utalentowanych iluzjonistów zadziwia międzynarodową publiczność serią odważnych i oryginalnych napadów rabunkowych, które odbywają się… w trakcie ich przedstawień. Bohaterowie ściągają tym samym na siebie uwagę agentów FBI oraz Interpolu, a także zainteresowanie byłego iluzjonisty, który stał się demaskatorem wszelakich sztuczek magicznych. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że Czterej Jeźdźcy, bowiem tak zwie się grupa, realizują przy okazji swoje ukryte cele, wyprzedzając wszystkich, łącznie z publicznością, co najmniej o kilka kroków. Pozostaje nurtujące pytanie: czy iluzjonistom pomaga ktoś z zewnątrz, czy może ich sztuczki nie są sztuczkami, lecz… prawdziwą magią?"
(źródło: multikino.pl)

W rolach głównych zobaczymy znanych aktorów, m.in. Jesse Eisenberg (The Social Network), Isla Fischer (Wyznania zakupoholiczki), Dave Franco (21 Jump Street) oraz Morgan Freeman. Muszę przyznać, że największym zaskoczeniem (pozytywnym) był dla mnie pierwszy wymieniony. Jakoś nigdy nie zwracałam na niego szczególnej uwagi. Jednak w tym filmie nie dość, że zagrał fajną rolę, to jeszcze świetnie wyglądał. Za to nie rozumiem szału na Dave'a Franco. To był już trzeci film z jego udziałem, który oglądałam i według mnie w każdym wygląda tak samo. Przeglądam zdjęcia w internecie i znów ten sam wyraz twarzy. Urodą też nie trafia w mój gust, ale o tym się nie dyskutuje. Przepraszam, ale po prostu go "nie kupuję". ;)

Wiele osób na forum zarzuca filmowi, że jest "zwykłą bają dla dzieci". Szczerze przyznam, że na początku też miałam wrażenie, że będę miała do czynienia z dużą dawką fantastyki. No bo jakie jest pierwsze odczucie , gdy na ekranie widzisz jak grupa iluzjonistów w Ameryce obrabowała bank w Paryżu za pomocą wielkiej dmuchawy, wcześniej teleportując tam mężczyznę z widowni. Chyba, że ktoś wierzy w tak wysoko rozwiniętą magię. Jednak wystarczy poczekać chwilę i dostajemy rozwiązanie zagadki. Okazuję się, że zrobienie czegoś takiego można racjonalnie wyjaśnić. I wtedy okazuje się, że magia jednak nie istnieje...

Film może nie jest typowym dreszczowcem, ale trzyma w napięciu. Przez cały czas trwania zastanawiałam się kto jest tzw. "Piątym jeźdźcem" i pomaga grupie iluzjonistów. Kilka razy zmieniałam obiekt moich podejrzeń. I wiecie co? Oczywiście nie trafiłam. Mogę przysiąc, że nikt z obecnych na sali nie przewidział takiego zakończenia. I o to w tym wszystkim chodzi! Ma być zaskakująco.

Wielki szacun dla scenarzystów. Żeby wymyślić taką fabułę, chyba naprawdę brali lekcje u iluzjonistów. ;) Jeżeli wybieracie się do kina, to śmiało mogę wam polecić "Iluzję". Trochę magii, trochę kina akcji, pośmiać się też jest z czego. Dla każdego coś miłego! ;D

Krótko podsumowując film: Magia nie istnieje. Jest tylko iluzja.

Za to dzisiaj czekają nas sportowe chwile, sam na sam z siatkarzami polski. Jak myślicie dadzą radę radę awansować do finałów Ligi Światowej? Czy jednak potrzebna będzie magia?

Jeżeli ktoś z was lubi czasem poczytać opowiadania, to zachęcam zajrzeć na mojego drugiego bloga: onlymycreativity.blogspot.com . 


xoxo
Ola. 
(źródło zdjęć: tumblr.com)

wtorek, 9 lipca 2013

Wiecznie żywy

Kilka dni temu poszukiwałam lekkiego, w miarę krótkiego filmu na wieczór. Natrafiłam na tytuł "Wiecznie żywy". Przypomniały mi się słowa mojej koleżanki, która uznała film za wart uwagi. Dlatego postanowiłam zaryzykować. I nie żałuję.

Kilka słów wprowadzenia:
Akcja filmu toczy się w Ameryce. Nieznana epidemia spowodowała, że większość ludzi zamieniła się w zombie, które żyją teraz w koloniach. Nie czują, nie za wiele mówią, nie śpią... Ich pożywieniem są oczywiście ludzie. Zasada jest taka, że jeżeli "tylko" pożywią się nim i zostawią, człowiek staje się także zombie, natomiast jeżeli zje jego mózg (brzmi makabrycznie) jego właściciel ginie na zawsze, a smakosz przejmuje wszystkie jego wspomnienia. Ocaleni zamieszkują oddzielony murem dystrykt, aby uchronić się przed polującymi kreaturami.
Główny bohater i jednocześnie narrator to zombiak zamieszkujący tak jak większość jego pobratymców zniszczone lotnisko. Pewnego dnia podczas polowania spotyka młodą dziewczynę. Zabiera ją do zamieszkiwanego przez siebie samolotu. Inni zombie myślą, że jest ona jednym z nich...

 Podsumowując: miłość istoty na pół (a nawet więcej) nieżywej z dziewczyną.  Brzmi znajomo, prawda? Trzeba przyznać, że skojarzenie ze "Zmierzchem" nasuwa się samo. Mimo wszystko filmy bardzo się różnią. Film ma w sobie coś z horroru, są sceny też sceny w których można się uśmiechnąć. Akcja szybko się toczy. Nie ma przestoju i zbędnych, przedłużających się w nieskończoność dialogów. Na pewno nie należy do kina zbyt ambitnego. To opowiedziana na luzie opowieść, o tym, że miłość zmienia wszystko. Banał, ale przekazany w nietypowy sposób.

 Osobiście podsumowałabym ten film zdaniem:
Wszyscy potrzebujemy miłości.
Przyszło mi to do głowy już w trakcie oglądania. ;)

A wy oglądaliście "Wiecznie żywego"?
Podzielcie się ze mną tytułami ciekawych filmów, które oglądaliście w ostatnim czasie. Polecajcie, co warto obejrzeć w nudne wieczory. ;D

Dziękuję za wotum zaufania w postaci obserwacji bloga oraz za wszystkie komentarze. ;*

Ola.

(źródło zdjęć: tumblr.com)

czwartek, 4 lipca 2013

Reklamy. Reklamy wszędzie...

Trochę inny tekst, ale musiałam jakoś "wylać" z siebie tę irytację...

Wczoraj udałam się z mamą do kina. Nieśpiesznie udałyśmy się salę, bo reklamy... Z zegarkiem w ręku sprawdziłam, że trwały one 28 minut! Serio? Gdyby to były zwiastuny filmów, dałoby się wytrzymać. Jednak w tym czasie zobaczyłam ich „aż“ 4. Zamiast tego miałam niemałą przyjemność zobaczyć reklamę emulsji dla kobiet Lactacyd Femina (2 razy, żebym przypadkiem nie zapomniała o jej magicznym działaniu), usłyszeć jak Czesław Mozil śpiewa „Ona tańczy dla mnie“ w salonie Play, podziwiać nowy model odkurzacza...
    I w tym momencie naszło mnie na przemyślenia. Bilet normalny w dzień powszedni w moim kinie kosztuje 21 zł. W weekendy ta cena zwiększa się. Seanse 3D to jeszcze większy wydatek, bo dochodzi do tego dopłata za udostępnienie okularów (jakby mi łaskę robili). Do tego dochodzą wygórowane ceny w bufecie. Najzwyklejszy zestaw jest w cenie biletu. Zwykły popcorn kosztuje ponad 10 zł, ale kasjerka i tak  naciągnie cię na większą porcję, bo „tylko złotówkę droższy, ale dwa razy większy." Są lepsze i gorsze filmy, ale na widownie chyba nie ma co narzekać. Już tylko z tych rzeczy zysk, jest chyba dość duży.
    Jednak rodzinie, która przy kasie straciła ponad 100 złoty, na dobry początek seansu funduję się prawie pół godzinny bloczek reklamowy. Na ekranie powinien widnieć napis: „Przepraszamy, ale musisz to obejrzeć, bo reklamodawcy płacą nam więcej niż TY“.
    Dla porównania w niewielkim kinie studyjnym, gdzie obowiązuje zakaz wnoszenia na salę jedzenia, (swoją drogą mają fajny napis: „Nie wnoś jedzenia, zapewniamy strawę duchową“) bilety są tańsze, a reklam nie uświadczysz. Dwa zwiastuny i początek filmu. Można? Można!
    Jako osoba, która nawet nie ogląda reklam w telewizji w trakcie filmu, tylko przełącza na inny kanał (tak, czasem zapominam wrócić na stację „wyjściową) jest to sytuacja dość irytująca. Idę do kina i jestem zmuszona oglądać tą sieczkę. Następnym razem odpuszczę, przyjdę pół godziny od rozpoczęcia seansu. Innego wyjścia nie ma.

    Reklamy to jednak nie wszystko. Jest jeszcze „lokowanie produktu“. Zazwyczaj ukazane w bardzo subtelny sposób. Kilkakrotne zbliżenie na kawę, którą pije rodzinka Boskich jest przecież takie normalne. Nawet superaparat Johnny’ego English’a to Lumix, a w siedzibie jego agencji co jakiś czas widać napis Toshiba. Wszystko poszło tak daleko, że  trudno sobie wyobrazić teledysk bez ukrytego produktu znanej marki. Nawet Rafał Brzozowski reklamuje w swoim klipie krem Nivea...
   
    Najlepszą płaszczyzną reklam pozostaje i tak sport. Obklejone parkiety, migające bandy, dmuchane balony, latające pod sufitem samoloty i wreszcie sam człowiek. To on stanowi najlepsze miejsce reklamowe. I tak widzimy w programie śniadaniowym sportowca obklejonego od stóp do głów logami sponsorów. Może trochę przesadzam, ale czy nie jest tak? Biedaczyna musi siedzieć w gorącym studiu w czapce, bo kontrakt...

    Trochę się rozpisałam, ale to „temat rzeka“. Niestety dzisiaj Isia przegrała. Szkoda, bo naprawdę walczyła. Jutro za to jeszcze większe emocje. Na początek mecz Jerzego Janowicza i znów między gemami zobaczymy astronautów rozmawiających o fugach w kosmosie. Za to wieczorem kolejne starcie siatkarzy, a w przerwie przy bliżej nieokreślonych dźwiękach znów wyskoczy nam wielbłąd przypominając, że „Czas na urlop“ . Eh...

Ola.

sobota, 29 czerwca 2013

Stoker.

Gwoli wstępu.
Witam na moim blogu. Może nie będzie on zbyt twórczy, bo kreatywność nie jest moją mocną stroną (patrz: błyskotliwy adres bloga), ale mam nadzieję, że choć trochę kogoś zainteresuję. Plan jest następujący. Będę chciała polecać wam rzeczy obok, których nie przeszłam obojętnie. Będą to głównie filmy i książki. Od czasu do czasu najdzie mnie pewnie na jakieś refleksje. Znajdzie się też co nieco o sporcie, po śledzenie wydarzeń sportowych zajmuję mi znaczną część wolnego czasu.



Teraz do rzeczy.
Zbliżające wakacje oznaczają więcej czasu na przyjemności. Postanowiłam przeznaczyć go na nadrobienie zaległości filmowych. Jedną z obejrzanych pozycji był "Stoker".
Uogólniając jest to bardzo nietuzinkowy film.  W bazie filmweb figuruje jako dramat, thriller, jednak spokojnie można go nazwać psychologicznym. Warto wspomnieć, że autorem jego scenariusza jest Wentworth Miller, znany pod pseudonimem "ten ze skazanego na śmierć". Trzeba mu przyznać. Kawał dobrej roboty.
Jedną z głównych ról gra Matthew Goode. Genialny! Według mnie razem z Mią Wasikowską stworzyli wspaniały duet aktorski. Do tego jest nieziemsko przystojny. Dziewczyny powinny mnie zrozumieć, chłopaki mam nadzieję, że wybaczą. ;) Oglądając ten film, nie opuszczała mnie myśl: "Też chciałabym mieć takiego wujka". I nieważne, że był psychicznie chorym mordercą. To się nazywa wiarygodna rola!
Cały klimat filmu jest niesamowity. Nuta tajemniczości, którą podkreślają nawet dominujące stonowane barwy. 
Jako tzw. "zajawkę" zamieszczam wam, jak dla mnie jedną z najlepszych scen filmu. Kunszt aktorski naprawdę godny pochwały. Niestety jakość nie najlepsza, ale tylko takie nagranie znalazłam.


Jeśli w wolnym czasie, nie będziecie wiedzieli co ze sobą począć, zachęcam do obejrzenia tego filmu. Żadna z moich koleżanek, którym  poleciłam "Stokera", nie żałowała, wręcz przeciwnie. Po seansie podzielcie się ze mną swoją opinią w komentarzach lub wiadomości.
I nie zapomnijcie pozdrowić ode mnie wujka Charliego! ;)

Zapraszam również na moje inne blogi, których adres  znajdziecie w gadżecie "o blogu".
Pozdrawiam, i oby do usłyszenia!
Ola.

Źródło zdjęć: tumblr.com