Kilka dni temu poszukiwałam lekkiego, w miarę krótkiego filmu na wieczór. Natrafiłam na tytuł "Wiecznie żywy". Przypomniały mi się słowa mojej koleżanki, która uznała film za wart uwagi. Dlatego postanowiłam zaryzykować. I nie żałuję.
Kilka słów wprowadzenia:
Akcja filmu toczy się w Ameryce. Nieznana epidemia spowodowała, że większość ludzi zamieniła się w zombie, które żyją teraz w koloniach. Nie czują, nie za wiele mówią, nie śpią... Ich pożywieniem są oczywiście ludzie. Zasada jest taka, że jeżeli "tylko" pożywią się nim i zostawią, człowiek staje się także zombie, natomiast jeżeli zje jego mózg (brzmi makabrycznie) jego właściciel ginie na zawsze, a smakosz przejmuje wszystkie jego wspomnienia. Ocaleni zamieszkują oddzielony murem dystrykt, aby uchronić się przed polującymi kreaturami.
Główny bohater i jednocześnie narrator to zombiak zamieszkujący tak jak większość jego pobratymców zniszczone lotnisko. Pewnego dnia podczas polowania spotyka młodą dziewczynę. Zabiera ją do zamieszkiwanego przez siebie samolotu. Inni zombie myślą, że jest ona jednym z nich...
Podsumowując: miłość istoty na pół (a nawet więcej) nieżywej z dziewczyną. Brzmi znajomo, prawda? Trzeba przyznać, że skojarzenie ze "Zmierzchem" nasuwa się samo. Mimo wszystko filmy bardzo się różnią. Film ma w sobie coś z horroru, są sceny też sceny w których można się uśmiechnąć. Akcja szybko się toczy. Nie ma przestoju i zbędnych, przedłużających się w nieskończoność dialogów. Na pewno nie należy do kina zbyt ambitnego. To opowiedziana na luzie opowieść, o tym, że miłość zmienia wszystko. Banał, ale przekazany w nietypowy sposób.
Osobiście podsumowałabym ten film zdaniem:
Wszyscy potrzebujemy miłości.
Przyszło mi to do głowy już w trakcie oglądania. ;)
A wy oglądaliście "Wiecznie żywego"?
Podzielcie się ze mną tytułami ciekawych filmów, które oglądaliście w ostatnim czasie. Polecajcie, co warto obejrzeć w nudne wieczory. ;D
Dziękuję za wotum zaufania w postaci obserwacji bloga oraz za wszystkie komentarze. ;*
Ola.
(źródło zdjęć: tumblr.com)

